Earth Hour - Logo monitoring pozycji Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Locations of visitors to this page
RSS
poniedziałek, 07 czerwca 2010
Urodzinowy prezent.

Lubię czerwiec. Lubię świeżą jeszcze, soczystą zieleń.  Lubię  ciepłe, leniwe wieczory, kiedy zmrok zapada powoli,  a  powietrze wokół nabiera delikatnej mleczno-srebrnej barwy.  Lubię długie, rozświetlone dni,  kiedy kładę się na pachnącej, rozgrzanej ziemi,  zamykam oczy, wystawiam twarz do słońca i słyszę jak tuż obok pulsuje w całym swym rozkwicie życie.  Lubię głęboki, korzenny zapach ziemi,  wilgotnej jeszcze od porannej ulewy, ostry, jasny błękit nieba z  puszystymi plamami chmur. Lubię zapach jaśminu - odurzający i piękniejszy od najdroższych perfum i smak lodów kokosowych,  rozpływających się chłodną słodyczą na ustach.  Lubię delikatny, rozgrzany dotyk wiatru, pieszczący skórę niczym ręce doskonałego kochanka. Lubię noc - krótką, jasną,  z otwartym szeroko oknem, przez które wpada szept traw i dalekie pomrukiwanie z rzadka przejeżdżającego samochodu.  W czerwcu nawet niepowodzenie smakuje inaczej.  Krócej, mniej boleśnie. Uśmiech staje się nieodłącznym  towarzyszem.  A świadomość, że mijają dni i znów - o kolejny rok -  jestem starsza - nie doskwiera tak bardzo.  Dobrze, że świat w czerwcu jest taki piękny. To  prezent na zawsze - od losu.


08:51, orinoko130
Link Komentarze (11) »
piątek, 04 czerwca 2010
Sobowtór.

Wczoraj byliśmy z Kamykiem w szpitalu - u kardiologa, w  celu zdiagnozowania szmerów w  serduszku, których dosłuchał się nasz GP.  W poczekalni, wypełnionej dorosłymi i biegającymi wokół dziećmi, Kamyk natychmiast stracił zainteresowanie rodzicami  i zajął się testowaniem wytrzymałości niezliczonych samochodzików,  jeździków i konia na biegunach - wspaniałego trzydziestolatka, żadną miarą nie wyglądającego na swój wiek i na intensywne użytkowanie, którego co dzień z pewnością doświadczał.  Po około 15 minutach oczekiwania Kamyk został zważony, zmierzony i zbadano mu ciśnienie.  Po czym pojawił się sobowtór tego oto pana*

i zaprosił nas na badanie ekg. Badanie - niestety! - trwało krótko, bowiem Kamyk strasznie był niezadowolony,  tak z pozycji leżącej, jak i z poprzyczepianych do klatki piersiowej, rączek i nóżek  dziwnych kabelków.  Po kilku minutach trafiliśmy już do gabinetu kardiologa, starszego pana, nie tak przystojnego, ale równie miłego i uśmiechniętego co jego poprzednik.  Miły ów pan  - po osobistym osłuchaniu Kamyka i przejrzeniu wyników badania - wyjaśnił nam, iż szmery w serduszku Kamyka to tzw. szmery niewinne, nie związane z  żadną patologią budowy serca,  zdarzają się u wielu dzieci, nie wymagają leczenia i zanikają wraz z wiekiem.  Ucieszył się wraz  z nami z dobrej wiadomości, pożartował i  wyraził głęboką nadzieję, że już więcej się w tym gabinecie nie zobaczymy. Cóż, szczerze mówiąc,  jeśli nawet nie z Kamykiem,  to ja sama z chęcią skorzystałabym  nie raz z usług tego szpitala, niestety - dzieckiem już nie jestem.

- Ach,  też bym chciała mieć  takie ekg - westchnęłam, już w drodze do domu.

- Ze względu na te wszystkie kabelki i zabawki w gabinecie? - zaśmiał się mąż.

- Nie, ze względu na tego baaardzo przystojnego bruneta, który to ekg robił - wyrwało mi się nieopatrznie.

- Oj, no wysokich, lekko łysiejących  szatynów też lubię - dodałam szybko,  widząc minę męża.

I tym sposobem pogrążyłam się zupełnie. No bo który facet zniesie w spokoju uwagi na temat powiększającego się z wiekiem zakola czołowego? ;-)

Na kolację zrobiłam krokiety z mięsem i sałatkę. Mężowi humor od razu się poprawił. Nie od dziś wiadomo - przez żołądek do serca mężczyzny ;-)

 

______________________

* Matthew Fox

 

01:50, orinoko130
Link Komentarze (3) »
wtorek, 01 czerwca 2010
Duże dziecko.

Mój mąż rzadko gotuje. Bo wiadomo - praca, praca, praca i co za tym idzie - brak czasu na wiele mniej czy bardziej przyjemnych czynności. Ale gotuje nadspodziewanie dobrze. Być może odziedziczył tę zdolność po swojej mamie i babci, które - czego  byłam świadkiem  -  były i są wyśmienitymi kucharkami.  Ach, ten rosół mojej teściowej, karkówka,  zrazy, albo najzwyklejsze ziemniaki ze skwarkami - po prostu niebo w gębie, wiele bym dała, by odtworzyć ten smak.  W każdym bądź razie mój mąż dzielnie podąża kuchenną ścieżką, jest mistrzem improwizacji i przyprawiania i  widać, że gotowanie sprawia mu dużą przyjemność.  Nie dalej jak wczoraj  uraczył nas najzwyklejszym spaghetti, ale ten sos -   taka wariacja na temat  bolognese, z oliwkami, chudziutkim wędzonym bekonem, dużą ilością ziół - pychota.  Ale - niestety...W całej tej beczce miodu musi być i łyżka dziegciu.  Kuchnia po takim mężowskim gotowaniu wygląda jak po przejściu tornado.  Zlew zapełniony po brzegi brudnymi  naczyniami,  wszystkie blaty kuchenne  zawalone  garnkami, garnuszkami, miseczkami, nożami,  łyżkami,  obieraczkami, ubijaczkami, powyjmowanymi z szafek przyprawami, najróżniejszymi produktami spożywczymi  i  nie wiadomo czym jeszcze, stół i kuchenka  zachlapane  maksymalnie powstającym aktualnie daniem, po prostu  d - r - a - m - a - t.   Ja jestem dość systematyczna i w miarę postępu gotowania  pozbywam się nadmiaru brudnych naczyń,  układam w szafkach wykorzystane rzeczy, wycieram nieopacznie wylany płyn.  Posprzątanie kuchni po mojej  działalności to kwestia kilku minut.  Doprowadzenie kuchni do  porządku po gotowaniu męża przypomina sprzątanie stajni Augiasza. No i sprząta potem biedak tę stajnię, zamiast brać przykład z  systematycznej żony. A żona przez kilka godzin stara się omijać kuchnię szerokim łukiem, coby nie razić swojego poczucia estetyki ;-)


A za chwilę  zasiadamy wszyscy (Połówka ma wolny dzień w pracy)   wraz z górą popcornu,  babeczek, ciasteczek i chipsów przed tv i będziemy oglądać E.T.  Tak sobie myślę, że z Dnia Dziecka  bardziej niż dzieci cieszą się dorośli. Ale w sumie, w każdym z nas, nawet  dojrzałym już trzydziestolatku,  pomieszkuje sobie dziecko - więc w  zasadzie - dlaczego nie ? ;-)

20:27, orinoko130
Link Komentarze (6) »
piątek, 28 maja 2010
Ja wiedziałam że tak będzie.

Miałam cichą nadzieję,  że te ferie będą inne od pozostałych. Ale kiedy we wtorek Młodsza zaczęła pociągać nosem wiedziałam już,  że będzie tak jak zwykle.  Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale moje dzieci  chorują najczęściej w weekendy. I w wakacje.  Oraz ferie i wszelkie inne wolne od szkolnego obowiązku dni.   W ferie bożonarodzeniowe chorowała Młodsza. W ferie wielkanocne - Starsza.   Teraz - po Młodszej choróbsko spłynęło jak woda po kaczce,  kilka dni kataru i ok. Za to poległ w walce z wirusem Kamyk.  Choruje rzadko, więc kiedyś w końcu musi. Tylko dlaczego, dlaczego w ferie i przy ładnej pogodzie na dodatek? Jakieś Prawo Murphy'ego, czy co?

Siedzimy więc -  ja -  oraz  dvd, góra klocków, samochodzików, książeczek - w domu, w swoim pokoju nieziemsko bałaganią dziewczyny, a wokół nóg plącze mi się mała, zasmarkana, marudząca, rozgorączkowana kupka nieszczęścia. Dobrze, że choć są piosenki z Akademii Pana Kleksa, Fasolki i Natalia Kukulska. Na chwilę poprawiają Kamykowi humor. Nam wszystkim zresztą,  uwięzionym w domowym areszcie.

20:17, orinoko130
Link Komentarze (5) »
Zwykłe dni.

Kilka dni temu, przy okazji wizyty nad rzeką, popływaliśmy sobie łodzią.   Obawiałam się trochę tej wycieczki,  wiedziałam, że z córeczkami nie będzie kłopotu,  ale  wydawało mi się, że Kamyk  nie wytrwa w spokoju przez godzinę.  A tu - niespodzianka.  Mój baardzo ruchliwy synek siedział spokojnie na ławce, oglądał fale, łabędzie, mewy, mijane łodzie i nie sprawiał absolutnie żadnego kłopotu.  Dzieci są zaskakujące i ta właśnie nieprzewidywalność to duży urok tak dzieciństwa jak i macierzyństwa.  I tak szybko rosną.  Wiem przecież ile mają lat,  a  wciąż dziwię się, że takie już samodzielne, mądre, bystre. Nie mogę uwierzyć, że niemowlęctwo tak szybko mija,  że  Kamyk powoli dołącza do sióstr w swojej dojrzałości.  Wydaje mi się, że to wczoraj zaciskały się wokół mojego kciuka drobniutkie paluszki, a malutka główka pachnąca mlekiem tuliła się do piersi.

 

 

 

 

Wiosna piękna w całym swoim rozkwicie. W zasadzie powoli ustępuje już miejsca nadchodzącym letnim miesiącom.  Dużo czasu spędzam z Kamykiem w parku.  Oglądamy mrówki,  przelatujące ptaki,  kwitnące kwiaty.  Po południu  synek upodobał sobie podróż  samochodem do szkoły  po siostrzyczki.  Kiedy widzi męża szykującego się do wyjścia,  biegnie po swoje buciki i jeśli mam akurat inne plany co do jego osoby, to naprawdę ciężko mi  namówić go do pozostania w domu.

Starszej kupiliśmy ukulele.  Uczy się grać w szkole, próbuje sama w domu.  Ale nie wydaje mi się,  by był to instrument, z którym można zaprzyjażnić się na dłużej. Chociaż kto wie...

Młodsza coraz chętniej chodzi do szkoły,  powoli oswaja nowy język.

Dni płyną spokojnie, swoim utartym trybem.  Czasem jestem zmęczona, ale nie bywam znurzona macierzyństwem.  Cieszę się, że mogłam i nadal mogę  obserwować  dorastanie moich dzieci,  te wszystkie  drobne,  ale szczególne momenty, które tak łatwo zapadają w pamięć  ale i łatwo z niej ulatują.  Chłonę pierwsze słowa, kroki, zadziwienia, pierwsze przejawy samodzielności, bo to takie fascynujące.  Żałuję, że  słodka, niemowlęca nieporadność tak krótko trwa, a równocześnie cieszę się, że jednak przemija, bo już niedługo będę mogła spokojnie poświęcić sobie znacznie więcej czasu - bez bólu, wyrzeczeń i matczynej szamotaniny.


A wczorajszy wieczór spędziłam oglądając wraz z  dziewczynami  Mikołajka. I był to naprawdę miły, wesoły,  odprężający czas, spędzony w doborowym,  mikołajkowym towarzystwie :-) To tak na dobry początek zaczynających się dziś w szkole  tygodniowych ferii.  Ach, już się cieszę na te wszystkie leniwe, senne poranki. Może nawet uda mi się w końcu wyspać.

 

10:59, orinoko130
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20